Szablon wykonany przez Yassmine.

sobota, 25 października 2014

Rozdział 38.

Siedzimy nadal w salonie. Jest cicho, spokojnie i nikt się nie odzywa. Justina też jakoś nie słychać i zastanawiam się, co teraz robi lub o czym rozmawia z Rose. Boję się tego co może zrobić, czy chce mnie skrzywdzić? Poranić moje plecy, lub wysłać prąd do mojego ciała? Od razu wzdrygam się na tę myśl, nie chcę tego znowu przeżywać. To zbyt wiele dla mnie.
- Dziękuję, Rose. Do zobaczenia - wchodzą nagle do salonu, podają sobie dłonie i kobieta wychodzi. Justin przenosi na nas swoje spojrzenie, ale kiedy zatrzymuje się na mnie, widzę jak mocno zaciska szczękę i jest wściekły - Od kiedy to wiedziałaś, Ava? - pyta surowo.
- Ciężko powiedzieć - zaczynam cicho, bo sama dokładnie nie wiem - Myślę, że od kilku dni coś podejrzewałam, ale nie miałam pewności - spuszczam głowę i nie patrzę na niego.
- Dlaczego nie powiedziałaś mi o tym natychmiast? - ależ jest poważny i surowy!
- Nie chciałam wprowadzać zamieszania. Przecież nie miałam pewności.
- Zamieszania? A teraz co to według Ciebie kurwa jest?! - wrzeszczy, a przez moje ciało przechodzi nieprzyjemny dreszcz - Jak mogłaś to ukrywać do chuja?! - jezu! Ale wrzeszczy!
- Nie ukrywałam tego! Chciałam się upewnić, tak? - podnoszę głos i zaczynam się złościć.
- Upewnić? Kiedy byś to zrobiła? Za miesiąc, czy za dwa? Nawet dzisiaj nie chciałaś się przebadać!
- Bałam się, tak? Podejrzewałam to i nie chciałam, aby okazało się to prawdą! - podnoszę głos i zaczynam ciężej oddychać. Podrywam się z miejsca i podchodzę do kominka. Zakładam ręce na piersiach i bardzo próbuję się uspokoić. Wystarczy, że Justin jest wściekły.
- Przebierz się, jedziemy do kliniki. Masz pięć minut - mówi surowo i gwałtownie odwracam się w jego stronę. Patrzy na mnie surowym wzrokiem i nie widzę w nich żadnych uczuć.
- P-po co do kliniki? - mój brzuch boleśnie się kurczy i zaczynam się bać.
- Musimy dowiedzieć się który to tydzień, pośpiesz się - och. Chce sprawdzić co z dzieckiem?
Szybko biorę prysznic, przebieram się w krótką, dopasowaną szarą sukienkę, zakładam na nogi sandały i jestem gotowa. Kiedy schodzę na dół, Justin już na mnie czeka. Chłopcy patrzą na mnie dość niepewnie, ale nie rozumiem ich spojrzeń. Są dziwnie spokojni, smutni i totalnie nic z tego nie rozumiem. O co chodzi? Justin wystawia dłoń, chwytam ją i opuszczamy dom.


Droga do kliniki mija dość szybko, dwadzieścia minut później jesteśmy na miejscu i pierwszy raz od bardzo dawna, jestem w mieście pełnym ludzi. Jednak klinika wygląda na wypasioną, jest ogromna! Nie rozglądam się, bo Justin od razu wchodzi do środka. Nie rejestruje mnie, po prostu przechodzimy długim korytarzem i wchodzimy przez duże, szklane drzwi. Dopiero teraz dostrzegam Rose, która się do nas uśmiecha i gestem ręki zaprasza do środka.
- Dobrze, Ava. Połóż się na łóżku i Lisa zrobi Ci USG, dobrze? - mówi łagodnie i uprzejmie.
- Dobrze - odpowiadam słabo i zerkam przelotnie na Justina, ma poważny wyraz twarzy.
- Justin, chcesz dołączyć? - Rose pyta chłopaka, ale on kiwa tylko przecząco głową, och!
- Dlaczego? - pytam praktycznie szeptem i czuję łzy pod powiekami, zabolało mnie to.
- Idź, Ava. Jestem tuż obok, nie bój się - posyła mi puste spojrzenie i mocno zaciskam usta.
- Chodź, Kochanie - Rose bierze mnie pod ramię i układa na wysokim łóżku. Badanie nie trwa długo, może z pięć minut. Lisa jest bardzo delikatna, ale i tak czuję jak bardzo trzęsą się moje nogi, dziwna panika strzela w moje ciało i zachowanie Justina bardzo mnie martwi. Dlaczego nie chciał w tym uczestniczyć? Może po prostu się boi? - Gotowe - Lisa uśmiecha się do mnie, poprawiam sukienkę, bieliznę i schodzę z łóżka - Usiądźmy - przechodzimy do drugiej części jej wypasionego gabinetu i siadamy na wygodnych fotelach. Zerkam na Justina, ale on nie patrzy na mnie. Nie rozumiem tego ale staram się nie rozpłakać przy Lisie i Rose - Więc, jest to wczesny etap ciąży, wychodzi na czwarty tydzień - spogląda na mnie z troską i zmartwieniem. Czwarty tydzień?! Kurwa! Od mojego porwania minął miesiąc i trzy tygodnie! Musiało się to stać zaraz po tym, jak uciekliśmy z tego miejsca! Może wtedy, kiedy wróciliśmy z klubu? Boże! - Płód jest bardzo mały, jak na ten tydzień ciąży. Będziesz musiała wypoczywać i nabrać nieco więcej sił, trzeba będzie zrobić również dodatkowe badania i przepiszę Ci odpowiednie witaminy. Naprawdę sytuacja jest poważna - zaciskam usta i czuję, jak cholernie mocno bije moje serce, dziecko?! Jak to w ogóle możliwe do cholery?!
- Lisa - Justin mówi cicho i przekręcam głowę w jego stronę - Wiesz doskonale, że nie musisz tego robić - och nie musi tego robić? - Powiedz mi, kiedy możemy umówić się na następną wizytę? 

- Justin, jesteś tego pewny? Może porozmawiaj z ojcem? - tym razem odzywa się Rose.
- Nie będę z nikim o tym rozmawiał, Rose. To się nie uda, wiesz o tym!
- Wiesz, że tego nie popieram? - zakłada ręce na piersiach i posyła mu surowe spojrzenie.
- O czym mówicie? Dlaczego nic nie wiem? - podnoszę głos i zaczynam panikować.
- Ava - Justin odwraca głowę w moją stronę, a ja czuję już łzy na policzkach - Chyba nie sądzisz, że urodzisz to dziecko, prawda? - uchylam usta. Czy on właśnie powiedział, że chce je zabić?! 

Gapię się na niego zszokowana i nawet nie mrugam. W moim ciele szaleje tornado strachu i przerażenia. Przestaję oddychać i nie wierzę w to, co właśnie usłyszałam. Wiem, że jest człowiekiem z mafii, ale chce zabić własne dziecko?! Co jest nie tak z tym chłopakiem?! Owszem, nie jestem gotowa na dziecko, sama jeszcze rano go nie chciałam! Jednak świadomość, że mógłby je zabić.
- Nie możesz tego zrobić - mówię bardzo cicho i czuję, jak coś dusi mnie w klatce. 
- Owszem, mogę i zrobię to Kochanie - mówi poważnie i wiem, że jest do tego zdolny.
- To moje dziecko, Justin! - podnoszę głos, chociaż jestem w totalnym szoku.
- Moje również, nie zapominaj o tym. Mam decydujące słowo w tej sprawie, Skarbie.
- Ale to moje ciało! Nie pozwalam Ci tego zrobić, rozumiesz?! - podnoszę głos i kręcę głową.
- Nie masz tutaj nic do powiedzenia, przykro mi. Nie urodzisz tego dziecka, ono nie może przyjść na świat, Ava. Nie ma takiej możliwości - boże! Czy on słyszy co mówi?!
- Dlaczego do cholery?! To przecież Twoje dziecko! Dlaczego go nie chcesz?!
- Koniec tematu - urywa i przenosi spojrzenie na Rose - Zadzwoń do mnie kiedy ustalisz termin, pośpiesz się. Nie mamy zbyt dużo czasu - mówi oschle, bierze mnie pod ramię i opuszczamy klinikę.
Justin sadza mnie na miejscu pasażera i zapina mi pasy, ja nie jestem w stanie tego zrobić, ponieważ moje ciało jest otępiałe i gapię się tylko przed siebie. Chce zabić dziecko, boże! Przeraża mnie ta myśl i nie chcę żeby to zrobił, przecież ono nie jest niczemu winne. To tylko i wyłącznie jego wina!
- Dlaczego chcesz to zrobić? - odzywam się w końcu, kiedy jesteśmy już prawie pod domem.
- Bo muszę, nie zrozumiesz tego - jego głos jest surowy i tak cholernie obcy.
- Ale to dziecko jest niewinne, Justin! - podnoszę głos, a on kręci głową. Wyłącza silnik, obchodzi samochód i pomaga mi wysiąść z auta - To Twoja wina! To Ty się nie zabezpieczałeś i chcesz ukarać za to moje dziecko! - czuję łzy na policzkach. Nie czekam na niego tylko wchodzę do domu. W środku mamy komitet powitalny. Thomas, Jacob i Drew niemal od razu przenoszą spojrzenia na mnie i Justina, który wchodzi za mną - Nie pozwolę Ci na to, wiesz? - przystaję i mówię do niego, chociaż nie odwracam się nawet w jego stronę - Nie pozwolę Ci zabić mojego dziecka. - mówię cicho i wchodzę na górę. Od razu przebieram się w koszulkę, legginsy i wchodzę do ciepłego łóżka. Naciągam kołdrę po samą szyję i bardzo chciałabym, aby to mogło ochronić mnie przed tym, co chce zrobić Justin.

Nie wychodzę z pokoju do końca dnia, kiedy budzę się następnego ranka, czuję jak bardzo jest mi niedobrze i biegnę do łazienki zwymiotować. Jakaż miła pobudka!
Przebieram się w krótkie białe spodenki, zakładam czarną bokserkę i chcąc nie chcąc, muszę zejść na dół. Nic nie jadłam od wczorajszego dnia i dobrze wiem, że dla dziecka nie jest to dobre. Na dodatek płód jest mały jak na ten tydzień ciąży, co to niby znaczy? Sprawa jest poważna? Niech to szlag! Dlaczego Lisa dokładniej nie wytłumaczyła mi o co chodzi? Chyba powinna to zrobić, to moje dziecko!
Wychodzę i idę wolno korytarzem, nie chcę nawet myśleć o tym, co chce zrobić Justin. To złe i popieprzone! Zrobił mi tyle krzywdy przez tak krótki czas, naprawdę znowu chce się posunąć do okrucieństwa i zabić własne dziecko?! Wiem, że to dla niego spory szok, nie spodziewał się tego zupełnie tak jak ja. Ale czy to powód do tego, aby od razu tak postępować?
Kiedy pojawiam się w salonie jest tylko Drew i Jacob, spoglądają na mnie niepewnie i widzę w ich oczach dziwne współczucie. Przysiadam obok nich i wpatruję się w oczy brata Justina.
- Jak się czujesz? - pyta mnie cicho i wystawia do mnie swoją dłoń. Od razu przysuwam się bliżej i opieram głowę na jego ramieniu. Potrzebuję wsparcia jednak nie dostaję go od nikogo.
- Dobrze - mówię cichutko, ale jest mi bardzo smutno - Chociaż nie mogę uwierzyć, że Justin chce zabić własne dziecko - zaciskam usta, odrywam się od Drew i opieram plecy o oparcie kanapy.
- Nie wiem co powiedzieć, Ava. Nie ma z tej sytuacji żadnego dobrego wyjścia - on też tak uważa?
- Więc myślisz, że najlepszym wyjściem jest po prostu je zabić?! - prycham z niedowierzaniem.
- Jak wyobrażasz sobie jego życie? Jesteśmy w mafii, nie dotarło to jeszcze do Ciebie? Robimy złe rzeczy, Ava! Mamy wrogów, a to dziecko będzie narażone na ciągłe niebezpieczeństwo.
- Nie wiesz co mówisz, Drew. To żywa istota! Czuje, myśli, ma serce. Wiem, że zabijacie ludzi na co dzień to dla was pestka, zupełnie jak wyjście do sklepu po bułki! Ale ja nigdy nikogo nie zabiłam i nie mam takiego zamiaru. To także moje dziecko i mam w tej kwestii coś do powiedzenia!
- Nie masz, Kochanie - słyszę nagle jego głos, wchodzi do salonu i od razu się spinam - Powiedziałem Ci już, że to ja decyduję i proszę Cię, nie wyprowadzaj mnie z równowagi - mówi surowo.

- To moje ciało, Justin i nie będziesz za mnie decydował! To nasze dziecko do cholery! Wiem, że jesteś sukinsynem, ale to nowe życie do cholery! Co jest nie tak z Tobą człowieku?!
- Nie podnoś głosu! - przybliża się i chwyta mnie mocno za ramiona. Dostrzegam, że ma lekko powiększone źrenice i jestem w szoku! Kiedy niby zdążył się naćpać?! - Wiesz co się dzieje, kiedy przekraczasz granicę, prawda? - patrzy mi w oczy i nic w nich nie widzę.
- Wiem, przekonałam się o tym nie raz, nie pamiętasz? - nie wiem skąd we mnie taka odwaga, może mam po prostu dość i on również przechodzi samego siebie? - Ale w tym momencie mnie to nie obchodzi - przekrzywia głowę i gapi się na mnie z dziwnym wyrazem twarzy - Jedyne co mnie teraz martwi, to los mojego dziecka - mówię cicho i odwracam wzrok. 
- Los Twojego dziecka - przybliża się i szepcze groźnie wprost do mojego ucha - Jest już przesądzony. Zrobimy zabieg i po problemie. Będziemy mogli dalej cieszyć się życiem i będzie jak dawniej, Kochanie - obejmuje mnie w talii i wtula głowę w moje włosy - Och, maleńka. Wszystko będzie dobrze, zaufaj mi - głaszcze mnie po plecach i bardzo chce mi się płakać. Wiem, że nie ma w nim żadnych uczuć. To człowiek mafii i wcale nie powinno mnie to dziwić. Mimo wszystko, bardzo boli mnie jego reakcja na wieść o ciąży. Oczywiście, że nie liczyłam na radość, ale na pewno nie spodziewałam się tego, że tak chce to rozwiązać. Nagle dzwoni telefon Justina i wzdrygam się w jego ramionach - Spokojnie, Kotku. Nie bój się - uśmiecha się, odbiera i wychodzi z salonu.
Jestem przerażona, że może to być telefon z kliniki. Ustalili termin i ot tak, zabiją moje dziecko. Zaczynam szybko oddychać i od razu biegnę do swojego pokoju. Muszę uciec! Nie mogę tutaj zostać, bo źle się to dla mnie skończy. Przebieram się w jenasy, zakładam na bokserkę bluzkę z długim rękawem, biorę ciepłą bluzę i zamieniam trampki na adidasy za kostkę. Próbuję jeszcze zdjąć bransoletkę, ale za cholerę nie mogę tego zrobić! Ucieczka z nią jest bez sensu, bo doskonale wiem, że znajdą mnie w bardzo krótkim czasie! Jednak nijak nie chce zejść z mojej dłoni. Próbuję przeciąć ją nożyczkami, ale to na nic! Trudno, wymyślę coś potem. Dopadam do szafy i szukam czegoś, co mogłoby mi się przypadać, jednak zaskakuje mnie ten widok, bo jest tutaj broń Justina! Od razu ją biorę, zakładam pistolet za pasek od jeansów i i powoli wychodzę na korytarz. Jedyne co muszę zrobić to zejść ze schodów i dość do ogrodu, gdzie jest wyjście które prowadzi prosto do lasu. Nie wiem gdzie jest Justin i moje szanse są naprawdę marne, ale muszę spróbować!
Przechodzę przez korytarz, cichutko schodzę ze schodów, ale w salonie nikogo nie ma. Jestem tym nieco zaskoczona, ale działa to na moją korzyść. Rozglądam się nerwowo i biegnę do ogrodu, przeczesuję wzrokiem każdy zakamarek, ale nikogo nie widzę, dziwne. Puszczam się biegiem i docieram szybko do bramki, która prowadzi na dróżkę. Nie oglądam się za siebie, biegnę ile mam sił w nogach i puszczam się w las. Nie mogę biec drogą, bo ktoś może mnie zobaczyć. Cały czas walczę z bransoletką, luzuję ją i modlę się o cud, żeby łaskawie zsunęła się z mojego nadgarstka. Jest uparta i nie chce tego zrobić, ślinię ją całą ale to również nie przynosi rezultatu. Jak mam ją do cholery zdjąć?! Ile zajmie Justinowi namierzenie mnie? Mogę się założyć, że pięć minut i będzie po mnie! Nie dość, że zabije moje dziecko to czuję, że może to zrobić również ze mną! Niech to szlag! Mam solidnie przejebane i wiem, że z tej sytuacji na pewno nie wyjdę żywa. Jednak nie mogę siedzieć bezradnie i czekać na to, co Justin zaplanował względem mnie i mojego dziecka.

Biegnę dalej, ale zaczynam się męczyć. Cholera! Moje ciało jeszcze całkowicie nie doszło do siebie i brak mi sił. Przystaję na chwilę, oddycham głęboko i łapię oddech. Muszę się uspokoić, odpocząć chwilę i pobiegnę dalej. Nawet nie mam żadnego planu, pieniędzy, ani dokumentów. Co ja mam ze sobą zrobić, dokąd pójść? Nie mogę wrócić do domu, to będzie pierwsze miejsce, gdzie Justin zacznie mnie szukać, poza tym naprawdę myślę, że udałoby mi się dotrzeć tak daleko? Dociera do mnie, że jestem bezradna. Jak sobie poradzę? Co będzie z dzieckiem? Wbijam palce w drzewo i czuję, jak złość przejmuje nade mną kontrolę, wszystko jest do bani! Odrywam dłoń i mocno walę nią w drzewo, łzy już zamazuję mi widok i sama mam ochotę sobie strzelić w łeb. Justin obiecał mi, że będzie dobrze! Miał się mną zaopiekować! Przecież mówił tak, kiedy trzymałam broń przy skroni, teraz już o tym zapomniał? Opieram czoło o drzewo i do głowy nagle wpada mi pomysł. Uderzam w nie bransoletką, ale zielone światełko nadal mruga. Robię tak kilka razy, ręka mnie boli i obdarłam nadgarstek, ale nie poddaję się. Głęboko oddycham, płaczę i dopiero po kilku razach zielone światełko zmienia się na czerwone. Nawet nie wiem co to oznacza, ale po cichu liczę, że po prostu się zepsuła. Biorę się w garść i idę dalej. Powoli, bo moje ciało słabnie i dopadają mnie mdłości. 
Myślę o mamie. Ciekawe, co powiedziałaby na wieść o ciąży. Pewnie byłaby w szoku tak samo jak ja, jednak za nic w świecie nie pozwoliłaby mi zabić tego dziecka. Zawsze mnie wspierała i mimo iż byłaby na mnie wściekła jestem pewna, że dałaby z siebie wszystko i wspierałaby mnie w tych trudnych dla mnie chwilach. Jak w ogóle mogłam mieć nadzieję, że Justin wybierze inną opcję, niż pozbycie się dziecka? To wyszkolony chłopak, jest zabójcą, porywa ludzi i okłada im plecy, razi ich prądem albo gwałci! Ciekawa jestem, ilu dziewczynom zrobił taką krzywdę jak mi, cholera! Odsuwam od siebie te myśli, to nie najlepszy moment, aby się nad tym rozwodzić, bo słyszę jak drogą przejeżdża samochód. Doskonale go rozpoznaję, to auto Justina! Jednak ja jestem w lesie i nie ma szans aby mnie zobaczyli, śmigają mi szybko przed oczami i oddycham z ulgą. Jak to możliwe, że się nie zatrzymali? A bransoletka?! Cholera, udało mi się ją zepsuć?
Nie zmienia to faktu, że Justin już mnie szuka, a minęło zaledwie kilka minut! Nawet nie wiem jakim cudem udało mi się tak łatwo uciec jednak czuję, że teraz będzie tylko gorzej.






****************************************************************
No dobra... macie ten bonusik w postaci dodatkowego rozdziału :)
Ale jesteście naprawdę niesamowite! Wasze komentarze są strasznie miłe i mam ogromnego banana na buzi, serio :D
Dziękuję wam za to bardzo! I cieszę się, że podoba wam się to co piszę :)


Tulę was mocno! 

Kasia.

19 komentarzy:

  1. Hah glupio zapytac czy. Dodasz jeszcxe jeden bo wiem ze ę na dzien to troche przesada.. czekam do jutra.. swietnyy

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziekuje ze wysluchalas naszych prosb idodalas dzis ten bonusowy rozdzial

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak dla mnie, wszystko byś mogła dodać, boję się o Ave.. Justin to dupek.

    OdpowiedzUsuń
  4. Boże boże dziękuję.Cudowny rozdział.Szkoda mi tylko Ave ciekawa czy ją znajdzie czy uda jej się uciec.

    OdpowiedzUsuń
  5. Biedna Ava :( Tak myślałam że Justin będzie chciał usunąć to dziecko :( Dziękuję że dodałaś ten rozdział <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzięki za ten rozdział jest świetny <3 Tak bardzo szkoda mi Avy :( Czekam z niecierpliwością na kolejny :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Martwie sie o Ave :c Justin ty kretynie! ugh
    Jezu juz sie nie moge doczekac kolejnego. Nie zawsze komentuje, ale czytam i zawsze jestm cholernie podekscytowana, kiedy widze, ze dodalas nowy rozdzial xx
    ineedangelinmylife.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Boże cholernie szkoda mi Avy mam nadzieje ze jakoś się to dobrze dla niej potoczy. Justin to cholery dupek. Kocham twoje opowiadania i dziękuje za ten bonusik czekam jutro. Kocham. !!!

    OdpowiedzUsuń
  9. Kocham czekam na nn !!!!

    OdpowiedzUsuń
  10. Kocham czekam na nn !!!!

    OdpowiedzUsuń
  11. Biedna Ava :c Czy Justina serio popierdoliło? Zabijac własne dziecko? Niech Ava ucieknie jak najdalej...
    Czekam na nn:*

    OdpowiedzUsuń
  12. super mam nadzieje ze ava ucieknie od tego debila trzęsą mi sie rece omg super

    OdpowiedzUsuń
  13. Super mam nadzieje ze dzis tez dodasz rozdzial 3mam za ave kciuki ♥

    OdpowiedzUsuń
  14. Super czekam na nn, Justin to taki skurwysyn _:-)

    OdpowiedzUsuń
  15. O boże, ale się porobiło. Rozdział cudowny ! Czekam na next ! :-)

    OdpowiedzUsuń
  16. W końcu coś zrobiła z tą bransoletką.
    Czekam na nowy rozdział.
    xo

    OdpowiedzUsuń
  17. ♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥

    OdpowiedzUsuń