Szablon wykonany przez Yassmine.

piątek, 3 października 2014

Rozdział 17.


Następnego dnia siedzę z chłopakami w salonie i popijam kawę. Justin znowu musiał wyjść i zastanawia mnie, co znowu kombinuje skoro tak znika. Spoglądam na Drew i nie mogę uwierzyć, że jest tak cholernie podobny do swojego brata. Gdyby ułożył inaczej włosy, byliby identyczni!
- Drew - zaczynam niepewnie i spogląda na mnie - Chciałam Ci podziękować.
- Za co? - unosi ramiona, jakby nie wiedział, o co chodzi.
- Za wczoraj, pomogłeś mi - schylam głowę i dopada mnie dziwny smutek. Przecież to nie byłby pierwszy raz, kiedy Justin wziąłby moje ciało siłą. Czyż nie powinnam po prostu się do tego przyzwyczaić? Właśnie po to tutaj jestem, do tego służy mu moje ciało.
- Hej, wszystko w porządku? - przysuwa się bliżej i nie spuszcza ze mnie wzroku. 
- Chyba tak - nie patrzę na niego, ani nie mówię mu prawdy. Nie wiem ile wie i gdybym powiedziała za dużo, Justin mógłby się znowu na mnie zdenerwować. To ostatnie, czego potrzebuję.
- Chyba? Widzę, że coś Cię dręczy. To przez Justina? - wyczuwam troskę w jego głosie. Przełykam nerwowo ślinę, a Drew chowa moją dłoń w swojej. Och, to miłe z jego strony. 
Nagle do domu wchodzi Justin i kiedy tylko nas widzi, mruży oczy. Marszczy czoło i gapi się na nas.
- Co do chuja?! - podnosi głos i podchodzi do nas szybko - Drew? Co Ty wyprawiasz?!
- O co chodzi? - chłopak spogląda na brata i widzę zdezorientowanie na jego twarzy.
- Dlaczego trzymasz za rękę moją dziewczynę? - och, boże! Nie jestem jego dziewczyną!
- Sorry - Drew natychmiast puszcza moją dłoń i drapie się w kark zakłopotany - Ava była smutna i pytałem, czy wszystko w porządku. O nic się nie martw, stary. Nic z tych rzeczy.
- No, ja mam nadzieję - Justin rozluźnia się i mruga do brata, podchodzi i siada obok mnie. Zdejmuje kurtkę i obejmuje mnie ramieniem - Wszystko w porządku, Skarbie? - nie!
- Tak - wysilam się na uśmiech i obracam w dłoniach kubek z gorącą kawą. 
- Powinniśmy dzisiaj wyjechać. Załatwiłem dom w Chicago, trochę na uboczu. Powinno być bezpiecznie - wzdycha ciężko i wygląda na zmęczonego. Czyżby za dużo zioła?
- W Chicago? Jezu! Znowu tysiak do zrobienia? - Drew kręci głową niezadowolony.
- No niestety bracie, ale im dalej tym lepiej. Wyjedziemy w nocy, będzie mniejszy ruch na drodze, więc liczę, że pójdzie sprawnie - ziewa przeciągle i przeciera dłonią twarz - Pogadamy? - spogląda na mnie i nieśmiało przytakuję głową. Szybko wstajemy i wchodzimy po schodach do pokoju. Siadam na ogromnym łóżku i trzymam w dłoniach kubek. Ciekawa jestem, co ma mi do powiedzenia.
- O co chodzi? - pytam, kiedy przebiera koszulkę i zakłada spodenki dresowe.
- Przepraszam - mówi cicho, podchodzi do mnie i patrzy mi w oczy. Jestem zaskoczona. Czy on właśnie mnie przeprosił? Myślałam, że nawet nie zna tego słowa.
- Za co dokładniej? - wiem, o co chodzi, ale chcę żeby to powiedział. Chcę usłyszeć to z jego ust.
- Za moje wczorajsze zachowanie. Nie pamiętam wszystkiego, ale chyba znowu Cię sponiewierałem, tak? - wpatruje się w moje oczy, ale ja schylam głowę - Ava? Powiedz mi!
- Tak - mówię cicho i wpatruję się w kubek z kawą - Faktycznie mnie trochę sponiewierałeś.
- Trochę? Powiesz coś więcej? - czuję na sobie jego spojrzenie, ale nie podnoszę głowy.
- Uderzyłeś mnie w twarz, nazwałeś suką, zrobiłeś to - podwijam rękaw bluzki gdzie na ramionach widnieją spore siniaki - Poza tym chciałeś seksu. To chyba tyle, tak w skrócie. 
- Odpierdala mi jak się zjaram - spuszcza głowę i przeczesuje włosy.
- Cóż mogę powiedzieć? Takie życie - wzruszam ramionami i upijam łyk kawy.
- Przykro mi, tak? Nie chciałem Cię uderzyć, Kochanie - dotyka mojego policzka, gdzie mam zasinienie po jego ciosie. Syczę z bólu i odsuwam jego rękę - O co chodzi?
- Boli mnie pół twarzy, po tym jak mi przyłożyłeś - na samo wspomnienie chce mi się beczeć.
- Aż tak mocno? - pyta mnie z dziwną skruchą. Boże! Jest taki głupi!
Kręcę głową, podaję mu kubek i wchodzę do łazienki. Szybko zmywam podkład i wchodzę z powrotem do pokoju. Siadam obok niego i widzę, jak zamiera. Gapi się w siniaka na mojej twarzy, marszczy czoło jakby nie mógł uwierzyć, że to jego dzieło. Och, serio? Czym jest tak bardzo zaskoczony?
- Nie przejmuj się tym - biorę od niego kubek - Robiłeś gorsze rzeczy, więc to nic wielkiego. 
- Nie rozumiesz tego, nie wiesz jakie życie prowadziłem! - wybucha nagle, czym mnie trochę zaskakuje - To nie jest bajka, w której sobie żyłaś, tak? Chodziłaś do szkoły, masz kochających rodziców, brata, przyjaciół. Nie musisz się o nic martwić, bo ktoś się o Ciebie troszczy. Ja tego nie miałem i musiałem walczyć o siebie od małego, sam! - szarpie za włosy, zrywa się na równe nogi i chodzi po pokoju - Nie jestem czułym, kochającym chłopcem. Nigdy nie miałem dziewczyny i kiedy czegoś chcę, po prostu to biorę i nie pytam o zgodę! - tu się akurat wszystko zgadza. Jednak, kiedy mówi mi, że był sam coś boleśnie ściska mnie za serce - Mafia to całe moje życie, jestem w tym odkąd się urodziłem, bo tak chciał mój ojciec. Nawet nie miałem wyjścia żeby wybrać inną drogę! Od początku uczyli mnie przemocy, aby osiągnąć swój cel. Tylko słabi ludzie nic nigdy nie osiągną w swoim życiu, więc musiałem być silny i pokazać ojcu, na co mnie stać, żeby był dumny! Nie troszczył się o mnie, nie był opiekuńczym tatusiem, wręcz przeciwnie! Co Ty możesz wiedzieć o takim życiu?
- Masz rację, nic nie wiem - odpowiadam cicho, ale taka jest prawda.
- No właśnie! Pojawiłaś się tak nagle, na dodatek okazałaś się być jebaną pomyłką i myślisz, że cudownie będę Cię głaskał, wielbił i kochał? Ava, kurwa! Jestem złym człowiekiem! 
Nie wiem, dlaczego, ale kiedy kończy mówić chce mi się płakać. Wiem, że ma swoje odchyły, jest wybuchowy, wścieka się szybko i czasami lepiej zejść mu z drogi. Ale nie wierzę, że jest przesiąknięty nienawiścią, złem, które mu wpoili do szpiku kości. Coś na pewno jeszcze pozostało w nim dobrego, tylko trzeba po to sięgnąć i wydobyć na wierzch. Musi sam tego chcieć.
- Nie jesteś do końca zły, Justin - podnoszę głowę i nasze oczy się spotykają - Byłeś dla mnie przecież dobry - uśmiecham się smutno - Na początku, kiedy mnie porwałeś owszem, byłeś wściekły i bardzo się wtedy Ciebie bałam. Jednak, kiedy uciekliśmy okazywałeś mi czułość, śmialiśmy się, opowiadaliśmy jakieś bzdury. Nawet kiedy mnie dotykałeś, było w tym mnóstwo delikatności. Nie robiłeś tego nachalnie, mechanicznie ani mocno. Dlatego wierzę w to, że w środku jesteś dobrym człowiekiem po prostu zbyt dużo złego przeszedłeś w swoim życiu i to Cię zaślepiło. 
Kończę mówić, ale nadal wpatrujemy się w siebie. Justin wygląda na zaskoczonego moimi słowami. Stoi w miejscu, uchyla lekko usta i nawet nie mruga. Chyba czegoś takiego się nie spodziewał, ale ja wiem, że jest w nim dobro. To życie w mafii go zniszczyło. Jak można być dobrym człowiekiem, kiedy w około jest samo zło? Nikt nie obdarzył go czułością, troską i rodzicielską miłością.
Po chwili, która dłuży się w nieskończoność, Justin wykonuje pierwszy ruch. Podchodzi, wyjmuje kubek z moich dłoni i odkłada go na szafkę. Siada, obejmuje mnie czule, chowa głowę w moich włosach i całuje mnie w głowę. Och! Mój oddech natychmiast przyśpiesza, ale lekki uśmiech wkrada się na moje usta. Opieram brodę na jego ramieniu i przytulam się do niego mocniej.

Wieczorem znowu siedzimy wszyscy razem, oglądamy jakiś film na dvd. Jest cicho, ciemno i przyjemnie. Jestem otulona puchatym, brązowym kocem i jest mi cieplutko. Justin opuścił nas na dłuższą chwilę, pod pretekstem wykonania kilku telefonów przed wyjazdem. Jest dopiero osiemnasta, więc do dziesiątej mamy jeszcze trochę czasu. Wszystkie rzeczy już spakowaliśmy, jednak znowu czeka nas długa podróż i zmiana otoczenia. Czy kiedyś pobędziemy w jednym miejscu na dłużej?
- Dlaczego nie powiedziałaś mi, że masz dzisiaj urodziny? - nagle słyszę głos Justina, który właśnie wchodzi do salonu. Kuca naprzeciwko i układa dłonie na moich udach.
- Urodziny? - spoglądam na niego zaskoczona i marszczę czoło.
- Tak, wyskoczyło mi na telefonie powiadomienie o Twoich urodzinach. 
- Dzisiaj? - podnoszę się i siadam - Owszem, mam urodziny w czerwcu, ale jest do nich jeszcze mnóstwo czasu. To chyba jakaś pomyłka. Który dzisiaj jest? 
- Dwudziesty czerwiec - Justin wpatruje się we mnie i głaszcze po udzie.
- Naprawdę?! To faktycznie mam dzisiaj urodziny - schylam głowę i bawię się palcami. 
- Które? - pyta Drew, który siedzi obok mnie.
- Osiemnaste - przekręcam głowę w jego stronę i uśmiecham się smutno. Miałam zaplanowaną imprezę na czterdzieści osób, zarezerwowany lokal. Miał być DJ, wszyscy moi przyjaciele, znajomi ze szkoły, Liam. Jednak teraz jestem daleko od domu i ciekawa jestem, co oni teraz wszyscy porabiają. 
- No to grubo, mała! Trzeba Ci zrobić jakąś imprezkę! - Thomas mruga rozbawiony.
- Taa - od razu uśmiech znika z mojej twarzy. Tyle czasu czekałam na te urodziny, przez to porwanie nawet nie zauważyłam, że ten dzień przyszedł tak szybko i niespodziewanie. Jednak nie mam telefonu, kalendarza też nie ma nigdzie w pobliżu, więc skąd miałabym wiedzieć? 
- Nie smuć się - słyszę cichutki głos Justina i natrafiam na jego pocieszające spojrzenie.
- Nie smucę, to tylko głupie urodziny - wzruszam obojętnie ramionami, ale zaciskam usta, bo tak naprawdę chce mi się beczeć! Tak bardzo chciałabym być teraz w domu.
- Jak będziemy w bezpiecznym miejscu, zrobimy przyjęcie - mój porywacz chce zrobić mi imprezę?
- Nie trzeba, jest w porządku - odpowiadam cicho i schylam głowę.
- Będzie impreza, obiecuję - pochyla się i składa na moich ustach soczystego buziaka, och! Spoglądam na niego zdezorientowana, ale on tylko zadziornie się uśmiecha. Nagle rozlega się dzwonek jego telefonu, spogląda na wyświetlacz i przewraca oczami - Muszę odebrać - podnosi się, całuje mnie przelotnie w głowę i znika z salonu. Hmm, skąd ten nagły przypływ czułości?
- Skoczysz ze mną do sklepu, Ava? - pyta Thomas i od razu na niego spoglądam.
- Do sklepu? Po co? - myślałam, że wczoraj zrobiliśmy wystarczające.
- Po jakieś zapasy na drogę - wstaje i zakłada bluzę.
- A Justin nie będzie zły? - wolałabym tego uniknąć.
- Nie, chodź - mruga do mnie. No dobra, skoro tak.
Ubieram białe trampki, bluzę Justina, która leży obok mnie i wychodzimy. 

Droga do sklepu trwa dosłownie dziesięć minut, Thomas rozmawia ze mną swobodnie i jestem zaskoczona, gdy okazuje się, że jest strasznie sympatyczny i zabawny. Uśmiecham się, kiedy opowiada mi śmieszne rzeczy z jego życia. Naprawdę fajny z niego chłopak. 
- Ile masz lat, jeśli mogę wiedzieć? - nie wiem, dlaczego, ale bardzo mnie to ciekawi.
- Dwadzieścia jeden - och, tego się nie spodziewałam - Tak samo jak Drew i Justin.
- Czy Justin i Drew to bliźniaki? Są prawie identyczni!
- Tak. Justin jest starszy od Drew o całe cztery minuty, ale za każdym razem, kiedy się kłócą wypomina mu to i mówi, żeby słuchał starszego brata - mruga do mnie i wybucham śmiechem. Serio? Cztery minuty? Przecież to żadna różnica! - Jesteśmy na miejscu.
Wysiadamy z samochodu i przechodzimy do sklepu, pakujemy najpotrzebniejsze rzeczy i Thomas szybko płaci przy kasie. Fajnie, że mnie zabrał na te zakupy, jednak potrzebowałam takiej chwili swobody i trochę się dzięki niemu wyluzowałam. Kupuje mi nawet ogromną czekoladę na urodziny, szepcze cichutko wszystkiego najlepszego i całuje mnie w policzek. Rozczula mnie ten gest, bo mimo wszystko praktycznie w ogóle się nie znamy. 
- Wracamy do domu? - pytam, kiedy stoimy przy samochodzie. 
- Nie, jeszcze pójdziemy do jednego sklepu. Powinien być tutaj niedaleko - odpowiada i widzę, że kieruje się dzięki GPS-owi w telefonie. Idziemy chodnikiem obok siebie i rozmawiamy znowu o jakichś mało znaczących rzeczach. Thomas pyta mnie trochę o moje życie, ale szczerze? Nie mam za bardzo ochoty wchodzić w ten temat, bo nie marzę o niczym innym jak wrócić do domu - Jest! - krzyczy nagle, kiedy przed nami pojawia się spory budynek.
- Co dokładnie potrzebujesz? - rozglądam się z zaciekawieniem, ale to sklep z dziwnymi urządzeniami.
- Nadajnika - odpowiada i bierze do ręki coś bardzo małego i czarnego.
- Nadajnika? - nieco mnie tym zaskakuje - W jakimś konkretnym celu? 
- Tak, w konkretnym - nic więcej jednak nie mówi, a ja nie dopytuję. 
- Okej, ten będzie w porządku. Możemy iść - uśmiecha się do mnie i idziemy do kasy.
Wracamy z powrotem do samochodu, a ja oddycham świeżym powietrzem. Spacer dobrze mi robi, pogoda jest ładna i powiewa przyjemny wiaterek. Otwieram drzwi od auta i wskakuję na miejsce pasażera. Thomas wyjmuje z woreczka mały przedmiot i montuje go w czarnej bransoletce. Hmm.
- Powiesz mi, co to takiego? Wygląda strasznie dziwnie - patrzę na to co robi i marszczę czoło.
- To mały prezent dla Ciebie, od Justina - mruga do mnie okiem - Pokaż rękę.
Wystawiam nadgarstek, a Thomas zapina na nim czarną bransoletkę. Nie bardzo rozumiem, o co w tym chodzi, ale dostrzegam, że bransoletka jest na maleńki kluczyk, och! 
- Dlaczego mi to zakładasz, Thomas? - nie wiem, dlaczego, ale zaczynam dziwnie panikować.
- Nie obawiaj się, to na wszelki wypadek - uśmiecha się do mnie promiennie.
- Co takiego? Nie rozumiem, możesz jaśniej? - oglądam bransoletkę, ale wygląda całkiem ładnie.
- To nadajnik, Ava. Mówiłem Ci. Justin chce mieć na Ciebie oko, żebyś nie uciekła, to proste.
- Co takiego?! - podnoszę głos, cholera! Totalnie mnie tym zaskakuje! - Zwariowałeś?!
- To chyba nic dziwnego? Mimo wszystko nie chce żebyś uciekła, nie może sobie na to pozwolić. Musi być ostrożny, nie chce sprowadzić na siebie kłopotów. Nie złość się.
Ruszamy w drogę powrotną, zakładam ręce na piersiach i prycham. Mam się nie złościć? Teraz nawet gdyby udało mi się uciec, ma na mnie oko i daleko nie ucieknę! Na dodatek to cholerstwo jest na jakiś dziwny kluczyk, którego nie mam, a tworzywo wygląda na grube i solidne, świetnie!
Kiedy Thomas rusza powoli ze świateł, nagle dzieje się coś, czego żadne z nas się nie spodziewa. Czuję mocne uderzenie w bok samochodu i szarpie moim ciałem, mimo, iż jestem przypięta pasami. Thomas próbuje zapanować nad kierownicą, ale auto przewraca się na bok, kurwa! Czuję jak mocno szarpią mnie pasy i ledwo mogę oddychać, co do cholery?! Zerkam w stronę chłopaka, ale leci mu krew z czoła i się nie rusza! Boże! Mój oddech przyśpiesza i nie dociera do mnie, co się wydarzyło.
- Cześć, Kochanie - słyszę ten głos i kiedy odwracam głowę w prawą stronę, praktycznie zamieram.

To nie dzieje się naprawdę!





10 komentarzy:

  1. Wspaniały rozdział <3 I się porobiło....

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudny rozdział ! Czekam na next ! :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Genialny ! Czekam na następny :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny świetny świetny <3 Ale się porobiłooo ....Czekam na next !

    OdpowiedzUsuń
  5. omg to jest genialne!
    Chyba wiem kogo zobaczyła..
    Mam nadzieje, że Thomas nie umarł chociaż nie ruszał się więc to mało prawdopodobne, że przeżyje. Jestem ciekawa kto dzwonił do Justina i jak na to zareaguje kiedy dowie się o tym wypadku.
    Życzę weny i czekam na następny. kocham cię xx

    OdpowiedzUsuń